Święta Wielkanocne jak wiadomo to czas kiedy spędzamy w gronie rodzinnym przy stole zajadając się pysznościami przyrządzonymi przez babcie, mamę ale ile można…..

Pogoda w okresie świątecznym nie rozpieszczała, śnieg deszcz słońce – zresztą jak rok temu.
Korzystając z tego że dzień po świętach mam wolny od zajęć, pojawił się plan szybkiego wypadu nad wodę.
W oko wpadł mi nie wielki zbiornik znajdujące się około 8 km od mojego domu w samym lesie. Powierzchnia niecałe 1,5 ha i głębokości do 2 metrów zatem szansa na złapanie ryby jest większa niż na pobliskich i głębokich gliniankach gdyż woda nagrzewa się szybciej.
Swój plan zacząłem wypełniać od Wielkiej Soboty – szybkie święcenie jajek na rower z plecakiem i w drogę 🙂
Odnalezienie zbiornika w gęstym lesie nie jest łatwą rzeczą, zwłaszcza że byłem tam tylko raz dwa lata temu. Zbiornik zarośnięty z każdej strony, liczne trzcinowiska i liczne zaczepy.

Nad zbiornikiem spotykam starszego Pana łowiącego na spławik. W rozmowie dowiaduje się że w zbiorniku są głównie płocie, karasie i duże liny, które i tak ciężko wyjąć ponieważ całe dno jest w zaczepach. Pytając o karpie, z uśmiechem na twarzy odpowiedział mi że „kiedyś może i były ale teraz rzadko się zdarza żeby komuś udało się złapać tutaj karpia”.
To mnie facet pocieszył…. no ale cóż kto nie próbuje ten nie zyskuje.

Wybieram sobie dwa hipotetyczne miejsca których położę zestawy.
Jeden nieopodal brzegu, głębokość  80cm – 100cm drugi zaś praktycznie na środku zbiornika 1,8 m  –  jako azymut obieram sobie wystające z wody konary drzewa żebym wiedział gdzie dokładnie nęcić.
Jak wiadomo wiosną wszyscy mówią żeby nie nęcić no ale stwierdziłem jechać pod prąd ze wszystkimi teoriami. W każde miejsce, które wybrałem posyłam po 3 rzuty rakietą zanętowa kulki + drobny pellet.
Nęcenie powtarzam w I  i II dzień świąt.



Nadchodzi wieczór lanego poniedziałku, trzeba się spakować.
Dostanie się nad zbiornik z duża ilością sprzętu jest nie możliwe i poza tym wypad będzie trwał 5 – 6 godzin.

Sprzęt okrajam do minimum kije, podpórki ,podbierak, mata, fotel i plecak zwłaszcza że od samochodu będę miał do przejścia jakieś 800 metrów przez chaszcze z tym całym majdanem spowoduje że wcale nie odpocznę i nie naładuję się energią na zbliżający się tydzień.
Nad zbiornikiem melduję się koło godziny 8:30, cisza i spokój aż strach.
Słoneczko pojawia się na horyzoncie będzie pięknie.
Już nie nęcę – zestawy lecą do wody z małymi PVA ,
można się relaksować w oczekiwaniu na branie.
Woda tętni życiem, w trzcinach można było zauważyć wycierające się płocie i karasie,  ganiające drobnicę szczupaki, która co chwila wyskakiwała z wody. Co jakiś czas słychać dzięcioły, śpiew ptaków – obcowanie z naturą w samotności to coś pięknego.

 Zestaw leżący nieopodal brzegu co jakiś czas powodował aktywność sygnalizatora który ciągle dawał mi nadzieje, drugi zestaw na środku wody stał jak martwy.
Około godziny 13 zrywa mnie z fotela sygnalizator z zestawy położonego nieopodal wystającego drzewa. Jednak lipa podwójne piśnięcie i koniec….. siedzimy dalej. Do 16 jeszcze daleko 🙂

Po 15 minutach branie do brzegu coś czego nienawidzę – nigdy nie jestem pewien czy ciąć czy nie, wyczekuje chwile ale rybka ułatwia mi sprawę zaczyna jechać ! Rybka idzie dosyć delikatnie, problem w tym że nie mogę oderwać jej od dna, pierwsza myśl sum ? no cóż okaże się. Po dłuższej chwili moim oczom pojawia się piękny dorodny dzikus, który ląduje w podbieraku.

Moje zadowolenie jest przeogromne ! Woda której nie znam, w której „nie ma karpi” daje mi taki cudowny urodzinowy prezent w postaci lustrzenia o wadze 13,100 kg.

12,10
Po szybkiej sesji zdjęciowej rybka wraca do wody….

Pamiętajcie kto nie próbuje ten nie zyskuje !!!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here